Dźwięków nowych parę.

zgrzyt

Trochę jak Słowacki.

Skomentuj »

Katatonia – Night is The New Day (2009)

Ja wiem, że ja się nie znam, ja wiem, że zazwyczaj nie mam racji i w ogóle straszny laik ze mnie (niekomercyjny, muzyczny). Pozostałości słuchu mi jeszcze zostały, chociaż pewnie niedługo pójdą gdzieś hen daleko, bo zbyt głośno myślę czasami. Tak, właśnie tak.

Słoneczko wychyla się gdzieś zza chmurki (białej, odległej), brak tylko resztek śniegu na trawie i powoli budzących się do życia pierwiosnków. Jest tak pozytywnie.
A mi tak smutno.

Muzyka Szwedów z Katatonii zawsze była dołująca, to prawda. Ale przyjemnie było się przy niej pozamartwiać, bo pełno w niej świetnych melodii, gęstego klimatu – kawał nastrojowego grania, bez ziewania, jak to ma miejsce przy takiej Anathemie, do której Katatonia często porównywaną jest.
A mi tak smutno.

Odkładamy już na bok epifory i przechodzimy do rzeczy. Bawełnę również do szafki schowajmy, nie będzie potrzebna do owijania niczego -  ta Katatonia jest ZŁA. I to nie w kontekście okultystycznym, z infernalnymi nawiązaniami, lucyferyzmem i innymi śmiesznymi słowami, tylko tak zła, jak niedoprawione gołąbki. Niedobra. I to między innymi dlatego jest mi smutno: bo oczekiwałem płyty (błyszczącej, okrągłej) co najmniej na poziomie The Great Cold Distance (która ich opus magnum także nie jest, ale po prostu ją lubię, no). Te zawyżone oczekiwania kiedyś mnie wykończą, mówię wam.

Album jest mdły, nudny, nijaki. Brak w nim hitów na miarę My Twin, brak nastroju jak w Last Fair Deal Gone Down, brak sprecyzowanego kierunku. Mamy tu z jednej strony mocne riffy (początkowy Forsaker brzmi niczym jakieś Meshuggah), z drugiej leniwe smęcenie o ciemności przy akompaniamencie rozlanych gitar (Idle Blood – będę to śpiewał moim dzieciom zamiast kołysanek, jak będą niegrzeczne). Ja nie mam nic do różnorodności, eklektyzmu – wręcz przeciwnie, bo kocham lubię szanuję – ale, a niech mnie kule biją (ciężkie, toporne), do stu tysięcy ton chińskiego jedwabiu, tutaj to się po prostu nie sprawdziło. Brzmieniowo jest bardzo zgrabnie, bogata w smaczki produkcja robi wrażenie, tylko czemu samo wnętrze jest takie jałowe?

Słuchałem tego albumu z 5 razy – od początku mi się nie podobał, ale próbowałem się przekonać. I coraz mniej go lubiłem. Nic nie zanuciłem, nie zapadł mi w pamięć żaden fragment, wszystkie motywy wyleciały innymi otworami. Sporo tu metalu, jak na zespół który zalewał fanów singlami z bardziej elektronicznymi kawałkami w stylu Antimatter. Znakomitymi kawałkami, warto zaznaczyć. I wiem, niekompetentnie jest zostawiać was, miłe panie i mili panowie, bez konkretnej odpowiedzi, co tu nie gra, ale sam nie potrafię odnaleźć tego brakującego ogniwa. Chociaż nie muszę być kucharzem, żeby stwierdzić, że wspomniane gołąbki są średnio zjadliwe. Niedogotowane?

Cholera, głodny jestem. Dlatego mi smutno. Do następnego zatem, lepiej życzcie mi smacznego.

37%

 

Written by Łukasz Tomaszewski

29/11/2009 at 15:02

Isis + Dälek + Mamiffer

z 6 komentarzami

Isis Isis + Dälek + Mamiffer, 10 listopada 2009 – Proxima

Chyba skłamałbym, twierdząc, że nie czekałem na ten koncert.

Oczywiście, jakikolwiek entuzjazm nijak się ma do mojego chłodnego, analitycznego quasi-profesjonalnego oka, ale może zbyt wiele nie stracę. Zaryzykuję w każdym razie.

10.11.2009. Wigilia Dnia Niepodległości. Trzecia wizyta Aarona Turnera ze swą radosną kompanią w naszym jeszcze radośniejszym kraju. Poprzedni gig Isis –czerwiec 2006, Progresja – wspominam niezmiernie ciepło, bo i supporty niemalże doskonałe, i miejsce, i cena. Tym razem było trochę gorzej. Warszawska Proxima. 75 zł – niemało, nie ma co kryć. Zyskali na popularności, bardziej się cenią, czy po prostu sprzedali? Nieistotne, zostawmy ten aspekt w spokoju i przejdźmy do konkretów.

Godzina 20:00 rzeczonego dnia. Żwirki i Wigury, bodaj 99. I pierwsze zdziwienie na wejściu: wchodzę punktualnie, a tu niespodzianka: Mamiffer kończy swój występ ostatnimi fortepianowymi dźwiękami. Nożeszkurde, ja rozumiem, spóźnienie, ale żeby za wcześnie zacząć? Nie wiem, czy to formacja Aarona Turnera i jego żony (pięknej czy niepięknej nie dane mi było ocenić, gdyż zwyczajnie nie zdążyłem), czy po prostu organizatorzy, ale ktoś się wykazał durną nadgorliwością – a ta podobno jest gorsza od faszyzmu – uważać zatem! Poplumkali, poszli sobie, a ja idąc ich śladem również poszedłem – tyle, że po darmowe plakaty drugiego supportu – formacji Dälek. Wraz z towarzystwem podeszliśmy do sprawy po polsku – tzn. wystawili postery za darmo, to bierzemy ile wlezie. A skończyło się tym, że żadnego w domu nie mam, ani ja, ani małżonka ma – cóż, peszek. Jedyną pamiątką po raperach ze stajni Ipecac został zatem uszczerbek na słuchu. Same albumy są mocno hałaśliwe, ale zdecydowanie słuchalne, występ natomiast…

fot. Wojtek Dobrogojski
fot. Wojtek Dobrogojski

Scena się ugięła. Na pierwszym planie MC Dälek – gangster w okularach z dobrą nawijką – ma chłopak gadane, bo mimo że miejscami  bełkotał, to natłok ‘fucków’ i pochodnych świadczył, że typ ma coś ważnego do powiedzenia. Drugi – styl ‘San Andreas meets Prison Break’ – gibał się za konsoletami i karmił nasze uszy niesamowitym hałasem oraz oczy pokaźnym, wytatuowanym bębnem. Pan Octopus. I wiecie co? Zawiodłem się po raz drugi, głównie za sprawą nagłośnienia. Tak nieselektywnego brzmienia dawno nie słyszałem – cały ten hałas zlał się w jedną wielką,przebasowioną masą, nieraz świdrującą nienaturalnie (i niezamierzenie) wysokimi tonami,sprawiając wrażenie, iż cały występ opiera się na jednym, delikatnie modyfikowanym bicie. Oczywiście tak nie było, ale osoba niezaprzyjaźniona wcześniej z Dalekiem miała prawo tak pomyśleć. Wniosek: Proxima zdecydowanie nie wytrzymała próby dźwięku. Moje uszy też, bo słuch odzyskałem częściowo dopiero przeciskając się przez dzikie tłumy w celu znalezienia odpowiedniego miejsca do podziwiania bohaterów przedstawienia: Isis.

21:30. Po oczekiwaniu w ścisku, gorącu i pocie (Proxima cholernie gorącym klubem jest…), wreszcie na scenie pojawił  się współczesny symbol seksu muzycznego podziemia: Aaron Turner. I jego nienagannie nieogarnięte owłosienie na twarzy, budzące bardziej skojarzenia z mieszkańcem Dworca Centralnego, niż z niegdysiejszym inteligentem w okularze. Ale to nieważne.

aaron
fot: kuchomik.blogspot.com

Zaczęli. Niespodzianką być nie powinno, że na pierwszy ogień pójdzie Hall of The Dead z nowego, średnio przyjętego, albumu. Zaatakowali pełną parą: brzmienie zbyt bogate w bas, perkusji prawie nie słychać, a oświetlenie strzela po oczach jak szalone. Wszystkie moje zmysły zostały pogwałcone za jednym razem, nawet węchowi się oberwało za sprawą tych wszystkich przepoconych z podniecenia istot. Rozentuzajzmowani fani szaleją, skaczą, przepychają się – mosz to piękna sprawa, zwłaszcza na koncercie, na którym chcesz wczuć się w atmosferę, przeżyć coś głębszego, a otępiałe, niewyżyte brudasy tłumy wszystko dewastują, wpychając się ciebie i usilnie próbując zniszczyć ten misternie budowany wewnętrzny domek z kart. No dobra, zagrali, przywitali się. Hand of The Host i moje pierwsze spojrzenie na zegarek, zresztą nie tylko moje, coś niemrawo wyglądała reszta tej niemoszującej publiki. Ale na szczęście z trzecim utworem było trochę lepiej – Holy Tears to dobry kawałek, czego by nie zarzucać In The Absence of Truth. Fajnie, fajnie, i brzmienie już jakby lepsze, choć nadal dalekie od  słowa ‘poprawne’. 20 Minutes/40 Years wypadło całkiem nieźle, choć wiadomo – dźwiękowiec zadbał o to, by wszelkie smaczki przepadły gdzieś w brodzie Aarona. Kolejna pozycja – Ghost Key – przyniosła następne spojrzenie na zegarek. Niewiele pamiętam, chyba przysnąłem, albo przynajmniej wyłączyłem którąś półkulę. Ze stanu otępienia (i skrajnego znudzenia) wybudziły mnie pierwsze dźwięki Wills Dissolve. Tak,– myślę sobie – chociażby dla tego numeru warto było wyłożyć te ciężkie jak sam Dälek pieniądze. Rzeczywistość znów zweryfikowała wrażenie bardzo brutalnie: marny dźwięk położył tę kompozycję, do tego panom zdarzyły się małe pomyłki. Efekt? Soczysty face palm. Threshold of Transformation jeszcze było, ale zmęczony poszedłem po kurtkę i średnio zwracałem uwagę na wydarzenia na scenie oraz dźwięki z głośników płynące. Szczerze mówiąc, bisy jeszcze jako tako uratowały ten koncert – Carry i Dulcinea naprawdę dały radę, zwłaszcza na tle poprzednich wypocin Bogini. Koniec, uf.

A jakbym miał te 800 słów sprowadzić do jednego, to pewnie padłoby na ‘fuszerka’. Obosieczna, bo zarówno organizator, wybierając taki akoncertowy klub, jak i sama gwiazda dały ciała po całej linii. Przyszli, zagrali. Strasznie machinalnie, próżno było szukać w Bostończykach jakiejś większej radości z tego, co robili. Nawet z tym domkiem z kart żartowałem, bo atmosfery żadnej nie było – chociażby przez durne, zbyt jasne oświetlenie, na dodatek co chwilę strzelające  morderczymi lampami po oczach. A zespół popełnia błąd ogromny, myśląc, że fani będą zadowoleni, słysząc aż tyle kawałków z marnego Wavering Radiant przy tak obszernej dyskografii, bogatej w prawdziwe perełki. I nawet Carry tego nie uratuje.

 

Written by Łukasz Tomaszewski

14/11/2009 at 17:36

Serious business.

z 2 komentarzami

2287195[1]Slayer – World Painted Blood (2009)

Może to i trochę żałosne, ale nie za bardzo wiem, co robić w takich sytuacjach.

Tzn. wygląda to tak: jest sobie zespół, na dodatek legendarny. Wszyscy go kochają, miliardy tysięcy fanów na całym świecie i nie tylko, ogromna kultowość, wiecie – te sprawy. I nagle takie duże bum: legenda nagrywa płytę. Płytę słabą, dodajmy. I tu tkwi mój problem: ongiś jeden z moich ulubionych zespołów, który teraz po mnie raczej zaczął spływać, pogrąża się jeszcze bardziej. Co tu zrobić, co tu zrobić?

Fakt, można się utopić. Albo stwierdzić, że coś ze mną nie tak, bo nie mam większych problemów na głowie. Minie się to z prawdą, bo oczywiście mam i chętnie się z wami nimi podzielę, ale to przy następnej okazji, ok? Bo na chwilę obecną cierpię na niedostatek dobrej muzyki – przecież ile można w koło słuchać Embryonic czy Axe to Fall, przeplatanych jakimiś tam dubstepowymi epizodami? Liczyłem, że Tom Araya ze swymi kamratami jakoś ten stan naprawi – w końcu to SLEJER, wielkimi i wytłuszczonymi, coby w ryj nie dał nikt. W końcu wiadomo: Slayer = serious business.

Tak, bardzo serious, zwłaszcza po wydaniu World Painted Blood. Business jeszcze bardziej, bo jaki cel ma wypuszczenie kolejnej identycznej płyty? Czyżby Tomek mówił ‘PIENIONDZ’? Owszem, poprzednie albumy też się przesadnie nie różniły, ale miały to Slejerowe coś, co pozwalało się w nich chociaż na trochę zadurzyć. Ta thrashowa polka się nie podobać nie może. Nie może? Może, kiedy powieli się pomysły z poprzednich albumów, tylko jakby tak bez pasji i pomysłu. Czyżby zapał twórczy się wyczerpał? Najwyraźniej.

Mój problem się nie rozwiązał – nic a nic. Bo mamy przyjemne, skoczne riffy, dobre wokale Toma, który mimo leciwego wieku nadal wyprzedza większość metalowych krzykaczy o kilka długości, męczącą perku… ŻE JAK? Ano właśnie – wielki Lombardo odwalił fuszerkę – popukał sobie w bębenki, które na dodatek zostały marnie wyprodukowane. Czyli co?

Z grubsza to ‘jajco’, bo to wszystko już było, ale serwowane w przepysznej postaci, a nie jako odgrzewane, przypalone kotlety. Tylko panowie kiedyś bardziej przykładali się do tego, co nam wciskali, dzięki czemu miało to lepszy – dużo lepszy! – wydźwięk. Niemniej, przeciętny do bólu – zębów i całej szczęki – kontynuator niezłego Christ Illusion sprzeda się – to bardziej niż pewne. Bo każde dziecko wie, że SLEJER >>> WSZYSTKO. I robimy różki \m/.

46%

 

Written by Łukasz Tomaszewski

05/11/2009 at 12:58

Napisane w Muzyka, Recenzje

Tagged with , ,

Ciepło/Zimno 10:09

z jednym komentarzem

Ciepło już dawno nie jest, zima coraz bliżej, jesienna deprecha nie odpuszcza, ale parę leków na chandrę się znalazło. Szkoda tylko, że cholerna równowaga wszystko musi zepsuć, dlatego pełen smutku, łez i mentalnych ekskrementów wracam do łoża pod ciepłą kołdrę, a wy pamiętajcie, że na dzieci najlepszy jest spirytus wam, milusińscy, miłej lektury życzę.  Bo brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś.

Ciepło?

2370822[1]

Stachursky – 2009 (2009)

Tak, wiem, będą jasełka.


Converge – Axe to Fall (2009)
Axe to Fall
Aha, wielki zawód, przepotężne rozczarowanie, płacz i zgrzytanie zębów, a przy okazji jedna z najlepszych
płyt tego roku. Inaczej ≠ gorzej. Recenzja w drodze, a jakże.

ZekeZeke – The Death Alley (2001)
Radosne czasy łojenia w Tony’ego Hawka (w czwórce bodajże tytułowy kawałek z tego albumu był?) wracają. Energia, moc, kop w ryj – frywolny hardkor pank dla nadludzi i podludzi. Z kiepską (eufemistycznie rzekłszy) produkcją, ale co tam.

Arusha AccordThe Arusha Accord – The Echo Verses (2009)
Brakowało mi dobrego mathcore’u – dostałem dobry mathcore. Co prawda stracili trochę na mocy w porównaniu do zeszłorocznej epki, ale nadal połamaniec z tego pierwszorzędny, a i czyste wokale nawet nie kłują w uszy.

LifeloverLifelover – Konkurs (2008)
Post-depressive-alternative-experimental-progressive-emo-black-post-rock-metal-post-avant-garde-rock-metal-no-rock-altervghbjk. Po prostu jedna z ciekawszych rzeczy w wybiedzonym black metalowym zaścianku – zimne post-punkowe rytmy wymieszane z rogatymi blastami? Ależ proszę bardzo!

Zimno!

Great MisdirectBetween The Buried and Me – The Great Misdirect (2009)
Za nic nie rozumiem fenomenu – o ile o takim w ogóle możemy mówić – tego bandu, ich muzyki, całości. Dream Theater w konwencji metalcore? Dziękuję, postoję.

built to spill
Built to Spill – There Is No Enemy (2009)
Długo wyczekiwany album, który ma naprawdę fajną okładkę! Chwila, tylko czy to o to w muzyce chodzi?

Shrinebuilder – Shrinebuilder (2009)Shrinebuilder
Ogromny szacunek dla tych panów – nagrać tak przeciętną płytę, mając na nazwisko Cisneros, Crover, Weinrich czy Kelly, to prawdziwy wyczyn. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi o kiepski album, a o do bólu przeciętny stoner doom z nielicznymi momentami. Wrong, wrong, wrong.

Wolfmother – Cosmic Egg (2009)wolfmother
Czyli jak z fajnego hardego rocka zrobić męczącego i irytującego. Mike Patton miał rację.

Fall of Troy – In The Unlikely Event (2009)Fall of Troy
The Mars Volta powraca! Eee, chwileczkę…?

Swoją drogą, wybaczcie rozlany, nierównomierny i po prostu brzydki format posta, ale WordPress wyjątkowo dziś nie pozwalał się okiełznać, a nie chciałem wrzucać suchego tekstu bez ślicznych odładeczek.

 

Written by Łukasz Tomaszewski

31/10/2009 at 16:04

Potężna wichura, łamiąc duże drzewa.

Skomentuj »

SubheimSubheim – Approach (2008)

Zapach spalenizny nie pozwalał mi spać. Nie potrafiłem zmrużyć oczu, gdy w promieniu 10m ode mnie unosił się przenikliwy smród zwęglonej materii. To drażni.
Kap.
Zniechęcony tymi doznaniami, postanowiłem zrobić coś -  w granicach rozsądku oczywiście, jak na tę godzinę. – konstruktywnego. Powolnym krokiem sunąłem w kierunku łazienki, po omacku omijając zardzewiałe rupiecie, które samowolnie gromadziły się pod moim dachem. Gdy tylko udało mi się dotrzeć na miejsce, z pasją oszołoma wsłuchiwałem się w odgłosy niedokręconego kranu.
Równomierny rytm kropel wody – kap, kap – zawzięcie walczył z ocucającym odorem, penetrując moje uszy swą niedoskonałą kołysanką. Niedane mi było długo cieszyć się chwilą, gdyż z transu wytrącił mnie opętańczy krzyk. Jakiś człowiek. O ile doszczętnie spalone ciało, którego – w wyniku jakichś chorych żartów sił wyższych – jedyną funkcją życiową było odczuwanie bólu poprzez najwyraźniej niedostatecznie przypieczony układ nerwowy, można nazwać ‘człowiekiem’.
Przymknąłem więc okno, by odciąć się od dźwięków dogorywającego byłego towarzysza niedoli i w spokoju zająć własnymi sprawami.
Zresztą, starałem się izolować swój dom jak tylko było to możliwe. Ale nie dziwcie się proszę temu paranoidalnemu zachowaniu – najwyraźniej nie byłem w stanie ot tak wpuścić w swe skromne, zakurzone progi radioaktywnego pyłu. Teoretycznie był już niegroźny, znaczy panowie w szykownych i drogich garniturach tak mówili we wczorajszym programie. Cóż, taka już nieufna świnia ze mnie. Oczywiście, zamykanie okien szczytem prewencji nie było, choć i powietrza wypadało trochę wpuścić, coby się tu nie podusić, bo i po co?

Po wyjściu z łazienki włączyłem starą Unitrę  ze złamaną anteną. Nic nie grało, szumy, szumy, szumy. Żadna niespodzianka, od pół roku przecież nie gra. Biały hałas z głośnika radyjka zmusił mnie do refleksji: czemu, do cholery, to nie ja byłem tam, gdzie w zasadzie być powinienem? Podczas gdy miliony ludzi pozdychały i jedynym, co po nich zostało, były pobłyskowe ślady na resztkach zniszczonych murów,  mi się po prostu udało. Gdyby jeszcze pozbyć się tego swądu, to nawet byłbym szczęśliwym człowiekiem. No nic tam, odstawiłem tymczasowo filozofię na bok i podniosłem tyłek ze spróchniałego krzesła. 2 kroki.
2 kroki, żeby odsłonić okno i rozkoszować się narodzinami nowego dnia.
Kap, kap, kap.

76%

 

Written by Łukasz Tomaszewski

31/10/2009 at 14:16

Napisane w Muzyka, Recenzje

Tagged with , , , ,

Z jajem, a bez jaj.

Skomentuj »

CumshotsThe Cumshots – Just Quit Trying (2008)

Lekko zawstydzony przyznam, że do zespołu przyciągnęła mnie głównie jego nazwa. Nie, nie natknąłem się na niego podczas eksplorowania Googli w poszukiwaniu tego i owego, także wszelkie insynuacje radzę sobie odpuścić, dowcipnisie. Niemniej, trafiłem na Cumshotsów całkiem przypadkowo i pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła to ‘o, pewnie jakiś krejzolski pank’.
I bardziej pomylić się nie mogłem.

No to tak: panowie są z Norwegii, jest ich pięciu, są nieźle wkurzeni  i – co najważniejsze – agresji swej dają ujście w bardzo user-friendly death’n’rollu – czyli fajnie bujającej wypadkowej death metalu i hard rocka. Pierwsze skojarzenie: ‘Inferno’ Entombed. Niestety, nie ma tu aż tyle nienawiści, co u kolegów po fachu ze Szwecji – dawka ‘przegiętych’ melodii jest tu miejscami niebezpiecznie wysoka, a refren takiego Like Pouring Salt On A Slug skojarzył mi się w pewnym momencie z formacją pana Ville’a Valo. Mimo to muzyka brzmi bardzo dobrze, niezobowiązująco, a płytka może pochwalić się naprawdę dobrą, mięsistą i przejrzystą produkcją, jak na tak niszowy band. A co się na tę produkcję składa?

Szorstkie wokale, wymieszane – *trochę* niepotrzebnie – z czystymi, za które odpowiada bodajże jeden z gitarujących. Same gitary brzmią, jak już mówiłem, mięsiście, nisko. Grają nieszablonowo, nie tylko rokędrolowymi akordami, sporo tam zaczerpiętych ze śmierć-metalu zagrywek. Bas też odpowiednio brzęczy, a perkusja sprawdza się wyjątkowo dobrze, bo podwójne stopy i blasty w najmniej spodziewanych momentach wrażenie pozytywne robią. Do tego zdarzy się, że pod groźnymi, warczącymi przesterami kryje się regularna gitara akustyczna, a zdaje się, że i dla klawiszy nie zabrakło miejsca. Za to szacuneczek.

Gorzej, że – jakem już rzekł– melodie bywają nieraz dość pretensjonalne i burzą trochę rock’n’rollową piwną rozpustę. Po prostu goście zwalniają nie w tych momentach, co trzeba, jeszcze te czyste wokalizy, które, owszem, wzbogacają całość, ale… nie pasują, kastrują jajca tej muzyce.

Podsumować wam to ładnie?
Death’n’rollowe Entombed dla mięczaków (skojarzenia z wyżej wspomnianymi Finami, brr!). Ale że bliżej mi do mięczaka, niż groźnie łypiącego metalucha, to mówię Cumshotom stanowcze CZEMU NIE.
Kamszotów może i nie ma, ale taka, o, całkiem żwawa płyta na jesienną deprechę.

62%

Written by Łukasz Tomaszewski

17/10/2009 at 21:17

Do somnambulizmu którędy?

z 3 komentarzami

EmbryonicFlaming Lips – Embryonic (2009)

Drogie Bravo!
Mam nie lada problem: zastanawiam się, czy nazywanie Flaming Lips zespołem indie rockowym nie będzie dla nich obraźliwe.

Bo przecież od zarania swoich dziejów wykraczali trochę poza ramy tego, co zwykliśmy rockiem niezależnym nazywać, więc stosowanie tego terminu w ich przypadku może być jak określanie tekstów Comy mianem ‘trochę bezsensownych’. Zespół udowodnił już, że potrafi eksperymentować z różnymi brzmieniami na drodze całkiem naturalnego rozwoju, cały czas zachowując swój eksperymentalny posmak. Wystarczy zestawić np. ckliwą Yoshimi z recenzowanym tu najnowszym albumem – niby zupełnie inne granie, a mimo to nadal rozpoznawalne i w konwencji Lipsów znakomicie się wpasowujące. Czym zatem zostaliśmy uraczeni tym razem?

Strasznym brzemieniem, okropnym ciężarem… dla szczęk słuchaczy, które podnieść wcale, a wcale nie łatwo. Nie będę się tu wdawał w przekomarzanki, mylące gierki słowne ani mydlił wam oczu: Embryonic albumem niesamowitym jest i basta. Mam upokarzające wrażenie, że mój zasób słów jest w tym momencie zdecydowanie zbyt skromny, by sensownie opisać, z jaką płytą (dwiema, w zasadzie) dane jest mi się zmierzyć. Może i porywam się z motyką na słońce, czy też z brzytwą na poziomki, albowiem w konfrontacji z nowymi Flaming Lips przegrywam przez knock-out i pewnie nieprędko dane mi będzie stanąć na równe nogi.

Brzmienie brudne, hałaśliwe. Zahaczamy o rejony stricte szwabskie, gdyż bogactwo i różnorodność dźwięków hektolitrami wręcz leją się z głośników. Ostre (nie w sensie metalowego ciężaru oczywiście – brudasy won), noise’owe nieraz, przycinanie – niechaj będzie ono facetem w tej opowieści – spotyka rozmyte, dream popowe – tu rola żeńska –  pejzażyki. Jako że przeciwieństwa się przyciągają, para ta płodzi prześliczne dzieci, podobne trochę i do mamusi, i tatusia, bez wyraźnych przewag w zasadzie. Eksperyment idzie pełną parą. Mimo dość odległego odsunięcia się od pierwotnej (i znów to nieszczęsne szufladkowanie) indie rockowej koncepcji w warstwie instrumentalnej, wokal Wayne’a nadal trzyma w sobie coś popowego, pozwalając słuchaczowi nieraz się zanucić. Niemniej, Embryonic jest definitywnie najbardziej instrumentalnym dziełem Amerykanów – wokal pojawia się dość często (goście, sporo dobrych gości – a jakich, to już zgadujcie/zgooglujcie sami), owszem, lecz na tle poprzednich dokonań wydaje się być wyłącznie dodatkiem do wyśmienitej otoczki. Trzeszcząco-zgrzytające kraut-rockowe zagrywki są miodem dla uszu, głównie przez wkomponowanie je w wymienione rozmarzone tła. Są, prawda?

Cały, trwający ok. 70 minut, materiał sprawia wrażenie chłodnego, przepełnionego smutkiem i takimi tam. Taki trochę patetyczny nastrój refleksyjny wprowadza w głowie słuchacza.
Patetyczny, powiadasz?
Trudno to inaczej nazwać, gdy każdy – nawet najmniejszy utwór, a takich krótkich nie brakuje – sprawia wrażenie godnego podziwu monumentu. Rozległa przestrzeń dokoła tej muzyki połyka nawet mastodonowy kosmos, którym tak się zachwycałem swego czasu, co robi tym większe wrażenie, gdy tylko zauważymy, że całość jest raczej surowa. Paradoks trochę, wiem, ale jak już mówiłem – słów mi braknie, w głowie się kręci, bębenki eksplodują, ślina napływa, a wszystko to jakby w półśnie. To już nie narkotyki – to lunatyzm, spacery w okolicach chmur i podwodne zanurzenia. Niedopieczona, ale znakomicie przyprawiona – serio, ta formuła się sprawdza.

Pisząc powyższy tekst słucham po raz n-ty albumu tego i na każdym kroku mnie czymś zachwyca. Każde podejście jest unikalne, bo zostawia po sobie wachlarz emocji szerszy, niż plecy Popka, do tego świdrując umysł gdzieś na głębokość nuclei basale. Może lepiej zakończę już, nim utopię się w potokach śliny i innych wydzielin, wywołanych przez dźwięki embrionalne?

Indie rock, experimental rock, space rock, kraut rock, cośtamjeszcze rock? Musisztegoposłuchać rock.
A pani z okładki ma rację – ja także na chwilę obecną biorę całość tego dziwacznego tworu naraz. Nawet połknę.

96%

Pees: Cholera, znów mi kobyła wyszła. Wybaczcie ten zalew słowami , ale o rzeczach ważnych pisać zwięźle nie umiem.

Written by Łukasz Tomaszewski

17/10/2009 at 00:45